Cudowny Obraz

Historia obrazu

Dzieje obrazu sulisławickiego należy rozpocząć od momentu jego powstania. Wszak jak każde dzieło sztuki i ten wizerunek musiał mieć autora. Długo utrzymywała się informacja, że opisywany obraz Chrystusa to ikona z kręgu rusko-bozantyjskiego, jako że przywieziony został do Polski na początku XVII w. Wnikliwe badania wskazywały jednak, że to wytwór małopolskiego warsztatu średniowiecznego malarstwa cechowego, być może franciszkańsko-sądeckiego. Podczas gruntownej konserwacji w latach 1990-91 przed ceremonią powtórnej koronacji, konserwator krakowski Małgorzata Szuster-Gawłowska, ostatecznie stwierdziła, że ten słynny wizerunek jest wieczkiem bursy podróżnej (drewnianej skrzyneczki na naczynia liturgiczne), której używał kapelan podczas mszy polowych, wizyt u chorych i rannych na polach bitewnych. Początkowo więc wieczko albo inaczej pisząc deska pokryta masą kredową i ozdobiona z wierzchu i od spodu dwoma obrazami wraz ze skrzyneczką stanowiły całość. Rewers wypełniony był przez wizerunek twarzy Chrystusa znany z chusty św. Weroniki. Na awersie, czyli wierzchniej stronie artysta namalował znany w średniowieczu najpierw w sztuce bizantyjskiej (a więc te wcześniejsze skojarzenia z ikoną nie były bezpodstawne) a później w sztuce zachodniej wizerunek Męża Boleści. Temat ten popularny w kręgu wschodniego chrześcijaństwa został zapożyczony przez katolickie malarstwo w XII wieku i stał się popularny w całej Europie, również i w Polsce. W tym przedstawieniu poraniony, cierpiący i umęczony Jezus Chrystus stoi w grobie typu skrzyni sarkofagowej. Niektórzy dopatrują się tu mistycznej tłoczni winogron. Z biegiem czasu malarze rozwinęli tę kompozycję dodając nowe postacie, które towarzyszą synowi Bożemu. Najczęściej przy Mężu Boleści stoi jego matka. Tadeusz Dobrzaniecki, badający ten problem w rozprawie,,Niektóre zagadnienia ikonografii Męża Boleści” (Rocznik Muzeum Narodowego w Warszawie XV, 1-1971 r.) tak interpretuje średniowieczne obrazy o tej tematyce:,,Obrazy ze Zblitowskiej Góry, Iwanowic, Sulisławic i Biecza w jednakowy sposób przedstawiają Chrystusa jako Orędownika, ukazującego rany wzniesionych dłoni a jednocześnie i Zbawiciela stojącego frontalnie w sarkofagu. Maria obejmuje Chrystusa kładąc lewą dłoń na Jego ramieniu, a więc w sposób znany już z wcześniejszych obrazów norymberskich, ale tylko na obrazie z Sulisławic dotyka prawą dłonią rany w boku”.

Jak już wcześniej napisałem wieczko bursy – ale już jako samodzielny obrazek – zostało przywiezione do Polski z Rosji w XVII w. Co się z nim działo przez prawie dwa stulecia – od momentu opuszczenia warsztatu. Zapewne najpierw zgodnie z funkcją pierwotną służyło kapelanowi przytwierdzone do pudełka. Później, zapewne (po oderwaniu się od bursy) dostało się – może podczas jakiejś wyprawy wojennej – na wschód. Powróciło w 1610 r. z branką moskiewską Dorotą Orgufiną, córką popa, którą wziął do niewoli Wespazjan Rusiecki, szlachcic z położonego opodal Sulisławic Suliszowa. Młoda ta kobieta, wychowana w tradycji kościoła wschodniego, w przymusową podróż do obcego, wrogiego sobie kraju, zabrała obrazek, w mniemaniu jej rodziny ikonę, która w jej domu, a może cerkwi, uchodziła za niezwykłą. Miała ją ochronić przed złem. Zapewne rodzic dał jej na drogę nie zwykłą ikonę, ale wizerunek już obdarzający łaskami. Wespazjan Rusiecki Dorotę wydał za mąż za kościelnego sulisławskiego kościoła Macieja Pracla. Choć po pewnym czasie branka zadomowiła się w nowej ojczyźnie, potajemnie przed resztą rodziny, oddawała cześć obrazowi,,na sposób wschodni”. Poza tym Praclowa rozpowszechniała w kręgu najbliższych sąsiadów informację, że ikona ocaliła ją przed śmiercią głodową w czasie podróży z Moskwy. Jednak dzieci Pracla – z pierwszego małżeństwa – podśmiewali się z macochy i nie dawali należytego uszanowania obrazowi. Dlatego też Dorota przekazała wizerunek do kościoła w Sulisławicach. Proboszcz Gryziewicz umieścił go na ołtarzu, u stóp starej figury Bogurodzicy, którą od dawna uważano za łaskami słynącą. Początkowo więc łączono doznane łaski z tymi dwoma dziełami sztuki, ale stopniowo nowy obraz przejmował niejako funkcję cudowności. Sława jego coraz szerzej rozchodziła się po ziemi sandomierskiej. W 1655 r. bez zgody władz kościelnych wikariusz sulisławski ks. Lenczowski podczas odpustu ogłosił obraz cudownym i umieścił go w głównym ołtarzu. Zaczął się w ten sposób, trwający do dziś wielki kult Matki Boskiej Bolesnej. Kolejne łaski, cuda doznawane za pośrednictwem modlitw do Matki Jezusa wzmacniały sławę i siłę obrazu. Skłoniło to władze kościelne do zajęcia się sprawą. Do Sulisławic w 1658 r. zjechała specjalna komisja wysłana przez biskupa krakowskiego Andrzeja Trzebickiego, która przesłuchała 40 świadków cudów – łask, uzdrowień, niezwykłej boskiej pomocy podczas najazdu Szwedów. Mając tak dużo dowodów bp Trzebicki wydał rok później dekret potwierdzający kult Matki Boskiej w sulisławskim obrazie. To oficjalne uznanie dodatkowo wzmocniło sławę tego miejsca, do którego ściągało mnóstwo pielgrzymów, a Sulisławice stały się w staropolskich czasach czołowym Sanktuarium Maryjnym w tej części Polski, a bezsprzecznie pierwszym w ziemi sandomierskiej. Od XVII w. obraz pokryty został sukienkami metalowymi. Okolice pięknych, zdobnych ram pokryły się gęsto wotami.

Można w tym miejscu próbować odpowiedzieć na pytanie: dlaczego obraz, który w intencjach autora bądź zamawiającego, na pierwszy plan wysunął cierpiącego Jezusa Chrystusa (Męża Boleści) stał się kultowym wizerunkiem w Sanktuarium Maryjnym – Matki Bolesnej bądź Sulisławskiej. Zapewne przyczyniły się tu wcześniejsze przejawy czci oddawanej rzeźbie Bogurodzicy a także chyba to, że kult obrazów z Matką Bosą ma w Polsce szczególny wymiar.

Sława,,Sandomierskiej Częstochowy” doprowadziła wreszcie do koronacji, która odbyła się latem 1913 r. Była to zapewne największa uroczystość religijna w dziejach tej ziemi. Bilans był imponujący. Od 15 sierpnia do 15 września uczestniczyło w niej przeszło pół miliona wiernych. Podczas samej koronacji 8 września w Sulisławicach było ponad 200 tysięcy wiernych. Korony zaprojektował znany artysta Karol Frycz (który również był autorem scenografii uroczystości koronacyjnej) a wykonała je ze szczerego złota warszawska firma złotnicza Bitschana. Niestety te cenne atrybuty cudowności obrazu zostały zrabowane w nocy z 14 na 15 kwietnia 1940 r. podczas kradzieży obrazu, który na szczęście rabusie porzucili na miejscu przestępstwa. W 1951 r. obsługę duszpasterską w sulisławickim sanktuarium przejmują i do dzisiaj sprawują księża Zmartwychwstańcy. 7 lipca 1991 r. następuje powtórna koronacja obrazu. Korony zaprojektowane przez Janusza Gawłowskiego poświęcił w czerwcu podczas wizyty w Radomiu papież Jan Paweł II. Aktu koronacji dokonał nuncjusz apostolski w Polsce arcybiskup Edward Kowalczyk. Jednak w następnym roku obraz jest znowu zagrożony. W nocy z 27 na 28 października 1992 roku nieznani sprawcy (a może tylko jeden) skradli z kościoła w Sulisławicach ten cudowny obraz. Przestępcy podeszli bądź podjechali pod kościół od strony cmentarza. Do wnętrza neogotyckiej świątyni dostali się przez witraż umieszczony w ścianie zewnętrznej zakrystii. Prawdopodobnie zbili szybę, a następnie łomem wyłamali żelazną kratę witrażowego okna. Przez niezbyt duży otwór złodzieje wślizgnęli się do zakrystii, a następnie po sforsowaniu solidnego zamka drzwi, dostali się do prezbiterium. W nim to mieści się neogotycki, a więc stosunkowo wysoki ołtarz kamienny, będący oprawą architektoniczną tego wyjątkowego obrazu. Na co dzień jest on ukryty pod metalową zasuwą. Tylko w czasie ważnych uroczystości jest odsłaniany. Dokonuje się tego za pomocą mechanizmu schowanego w ścianie. Po otwarciu metalowych drzwiczek złodzieje, nie mogąc uruchomić urządzenia uszkodzili go i wtedy linki poruszające zasuwę poluzowały się i ta opadła. Droga do obrazu był wolna. Przestępcy przystawili pionowo trzymetrowej długości ławę, po której wspięli się do wnęki umieszczonej na wysokości 6 metrów. Następnie zdjęli niewielkich rozmiarów obraz wraz z nowymi koronami i cenniejszymi wotami. Wyszli z kościoła ta samą drogą i zniknęli bez śladu.

Wczesnym rankiem do świątyni, jak co dzień przyszedł ksiądz proboszcz Leonard Bandosz, żeby odmówić modlitwę. We wnętrzu panował jeszcze mrok. Zauważył jednak, że drzwi prowadzące z prezbiterium do zakrystii są uchylone, a przecież zawsze na noc były zamykane. Zaintrygowany wszedł do prezbiterium i po zapaleniu światła zauważył uszkodzony zamek i równocześnie odczuł na twarzy chłodny strumień powietrza. Po chwili dostrzegł rozbite okno i w tym momencie naszła go myśl: co z cudownym obrazem. Pobiegł z powrotem do prezbiterium i tu z przerażeniem stwierdził, że wnęka jest pusta. Cudowny wizerunek zniknął. Udał się więc szybko na plebanię iż zawiadomił telefonicznie władze kościelne oraz policję. Trwało to kilkanaście minut – jako że z Sulisławic trudno jest się gdziekolwiek dodzwonić. Po kilku godzinach przybyła ekipa śledcza z Sandomierza i zaczęła przeprowadzać rutynowe czynności.

Niestety zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie dały rezultatu. Prokuratura i policja były bezradne. Większość sądziła, że dzieło to zostało wywiezione za granicę. W odnalezienie obrazu zwątpiły też władze kościelne. Dlatego też postanowiły, że do ołtarza z Sulisławic powinna przyjść kopia. Tak też się stało i 7 października 1993 r. nastąpiła kolejna koronacja – tym razem kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Bolesnej. Upłynęło kilkanaście miesięcy od kradzieży i w najmniej oczekiwanym miejscu – niemal w centrum Warszawy – blisko Dworca Centralnego – w marcu 1994 r. znalazł się oryginalny obraz. Według relacji ks. Stefana Kośnika proboszcza parafii św. Barbary na Koszykach kilka miesięcy temu do księdza podszedł nieznajomy mężczyzna i wręczył mu płaskie zawiniątko. Powiedział przy tym, że jest w tym opakowaniu stary obraz, który chce przekazać do kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła parafii św. Barbary na Koszykach. Po czym się oddalił. Ksiądz wraz z proboszczem po obejrzeniu niewielkich rozmiarów obrazu doszli do wniosku, że jest to chyba poszukiwany intensywnie wizerunek Matki Boskiej Sulisławskiej. Zgłosili ten fakt swoim władzom kościelnym i policji. Obraz po rutynowych badaniach i ekspertyzach konserwatorskich został przekazany do Sandomierza, stolicy diecezji sandomierskiej, do której należą Sulisławice.

Natomiast 7-8 września 1994 r. podczas dorocznego głównego odpustu w Sulisławicach nastąpił triumfalny powrót obrazu do ołtarza głównego kościoła. Nastąpiła uroczysta reintronizacja tego niezwykłego wizerunku. Trzeci już raz nałożone zostały Matce Boskiej i jej synowi korony przez biskupa sandomierskiego Wacława Świerzawskiego.

Sulisławice położone są przy trasie Warszawa-Rzeszów (między Klimontowem a Łoniowem)

Wybrane cuda i łaski

Wielki ból, i żal, i przerażenie, a początkowo może rozpacz nawet, ogarnęły młodą rosyjską dziewczynę Dorotę Ogrufinę, gdy jako branka wojenna, w 1610 roku, przemocą wyrwana z rodzinnego domu przez sandomierskiego rycerza Wespazjana Rusieckiego, właściciela Ruszczy, musiała się udać w obce sobie strony.

Jedyną pociechą była dla niej niewielka ikona /którą zabrała ze sobą, a którą w rodzinnym domu otaczano czcią szczególna/ wyobrażająca cierpiącego, oblanego krwią Pana Jezusa i bolejącą nad nim Jego Przeczystą Matkę.

Dorota, jako córka prawosławnego kapłana, zapewne wychowana była w duchu pobożności i ufności w Bożą opiekę i miłosierdzie Nie widząc bowiem z nikąd ratunku, ani pomocy, poleciła się Matce Najświętszej i Chrystusowi Panu w wizerunku, który wiozła ze sobą na tułaczkę i niewolę.

I nie zawiodła się. Jak bowiem sama później opowiadała, przez całą drogę z głębin Rosji do Polski nic nie jadła, ani niczego nie piła, a mimo to zachowała pełnię sił i zdrowia!

Dalsze dzieje Ogrufiny są już prozaiczne. Pan Rusiecki widząc, że to dobra dziewczyna, wyszukał dla niej zacnego męża, kościelnego sulisławskiego, Macieja Pracla, u którego boku spędziła pozostałe lata swego żywota.

Zamieszkawszy w Sulisławicach Dorota początkowo przywieziony ze sobą święty wizerunek trzymała w ukryciu, i w ukryciu modliła się przed nim, całując go nabożnie, wielokroć kreśląc znak krzyża i bijąc niezliczone pokłony -tak jak ją tego zapewne nauczył ojciec.

Widząc iż ikona nie jest w domu całkiem bezpieczna, bo dzieci wykradają ją do zabawy postanowiła ofiarować ją do kościoła, aby tam znalazłszy się na poczesnym miejscu odbierała cześć już nie jednej tylko osoby, ale licznych parafian.

Aż do śmierci Doroty nie wydarzyło się nic szczególnego, ale kiedy odeszła z tego świata, a dokładniej od dnia l września 1655 roku poczynając, zaobserwowano związane z wizerunkiem Matki Bożej Bolesnej rozliczne dziwne, a nie wytłumaczalne zjawiska.

Oto przez cały tydzień poprzedzający święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wspomnianego wcześniej roku, jakaś niewidzialna ręka zapalała świece na ołtarzu. W samą wigilię wspominanego święta zaś, nie tylko świece zapaliły się same, ale również nie dotykana przez człowieka rozdzwoniła się sygnaturka.

Księża /proboszcz i wikary/ w pierwszej chwili nie bardzo dowierzając nadprzyrodzoności zjawisk, dokładnie przeszukali cały kościół, wszystkie jego zakamarki, łącznie ze strychem, by przekonać się naocznie, iż świątynia była pusta i nikt w niej się nie ukrywał.

Chcąc jednak mieć całkowitą pewność, że wejście do jej wnętrza nie będzie możliwe, zamknęli ją starannie, a dla większego bezpieczeństwa i większej pewności, opieczętowali drzwi.

Jakież tedy było ich zdziwienie, gdy w krótkim czasie potem dzwon na nowo się rozśpiewał. Na jego dźwięk zbiegła się wielka liczba ludzi z całej wsi i w ich obecności kapłani zerwali nienaruszone pieczęcie, otwarli drzwi i weszli do świątyni.

Tutaj ku ogólnemu zdumieniu zobaczono, że obraz Matki Najświętszej zamiast stać na bocznym ołtarzu, gdzie go umieszczono, nie podtrzymywany niczym, wisi w powietrzu ponad tabernakulum głównego ołtarza, na którym płonie siedem świec.

Mimo wejścia ludzi do świątyni zjawisko owo trwało, a sygnaturka wciąż dzwoniła. I widziano jak poruszał się sznur, który był przytwierdzony do dzwonu, choć nie było nikogo, kto by zań pociągał.

Nie należy się dziwić spontanicznej reakcji tak księży, jak i świeckich obecnych przy tym wydarzeniu. Oto bowiem wszyscy padli na kolana, wznosząc modły do Boga.

Nazajutrz natomiast, w sam dzień Narodzenia Matki najświętszej, proboszcz miejscowy, ksiądz Wojciech Gryzowiusz, publicznie opowiedział o cudownych zjawiskach i uroczyście umieścił obraz w wielkim ołtarzu.

Od tamtej pory kult Matki Bożej Bolesnej, zwanej Sulisławską rozwija się wspaniale, owocując rozlicznymi łaskami i cudami zdziałanymi przez Najświętszą Pannę. Ale zanim wymienimy kilka z nich, winniśmy wspomnieć o nadprzyrodzonych zdarzeniach, jakie miały miejsce w czasie najazdu szwedzkiego.

Oto zanim Szwedzi napadli na Sulisławice, proboszcz lękając się, by nie ukradli obrazu, wraz z kosztownościami zakopał go pod kościelnym progiem. Ale wolą Matki Bożej było królować sandomierskiemu ludowi z wysokości ołtarza i ku zdumieniu świadków Jej wizerunek, nie wiadomo w jaki sposób, wydostał się spod ziemi i zawisł na dawnym miejscu.

Jak się spodziewano, Szwedzi rzeczywiście chcieli go zrabować i gdy im samym się to nie udało, przekupili zakrystiana, by im obraz dostarczył.

Lecz chociaż nikczemny człowiek zgodził się na to, nie był w stanie wypełnić zlecenia. Kiedy zdejmował obraz z ołtarza, zdrętwiał cały i nie mógł się poruszyć, zatem pozostawił wizerunek na miejscu. Przecież przemogła chciwość. Za drugim razem obraz zdjął, ale nie uszedł z nim daleko, tknięty nagłą a całkowitą ślepotą. Odzyskał wzrok dopiero wówczas, gdy cudowną ikonę na powrót powiesił w wielkim ołtarzu.

I tyle było niezwykłości związanych z samym wizerunkiem Matki Bożej Sulisławskiej. Teraz zapoznajmy się z niektórymi łaskami zdziałanymi za Jej przyczyną:

Sebastian Kwiatoń z Połańca, straciwszy wzrok w 60. roku życia, nie ustając w modłach do Matki Bożej Sulisławskiej, w wigilię święta Jej Narodzenia, całkowicie go odzyskał.

Stanisław Bredkowicz wraz z żoną dotknięci zostali szaleństwem we wrześniu 1656 roku, a po ofiarowaniu ich Matce Bożej Bolesnej przez starą Bredkiewiczową, nagle odzyskali zdrowie.

Katarzyna Lech będąc chora od urodzenia, po przywiezieniu jej do Sulisławic, modląc się przed cudownym obrazem, władzę w nodze odzyskała i poczęła normalnie chodzić. Miała wówczas 15 lat.

Niejaki Krzysztof Chęciński ze Staszowa, został pojmany przez Kozaków, torturowany i obdarty ze skóry. Na mękach ofiarował swe życie Matce Boskiej Sulisławskiej i o dziwo, nie tylko że nie umarł, ale po jakimś czasie, mimo że kilka dni nieprzytomny przeleżał w lesie, całkowicie zdrowie odzyskał.

Wojciech Ulatowski ze Zgórska k. Mielca, mimo roztrzaskania czaszki spowodowanego wybuchem fuzji, za przyczyną Matki Bożej Sulisławskiej do zdrowia powrócił.

W sam dzień narodzenia NMP 1827 roku, 3-letni Józef Sadowski, który miał uszkodzony kręgosłup, tak że nie tylko nie mógł chodzić, ale nawet i siedzieć, po ofiarowaniu go przez rodziców Matce Boskiej w Sulisławicach podczas mszy świętej, natychmiast zdrowie odzyskał.

10 czerwca 1876 roku z podobnego kalectwa została wyratowana pięcioletnia Helena z Bielin.

Jest to tylko drobny ułamek łask i cudów, lecz większej liczby przykładów -ze względu na szczupłość miejsca – pomieścić się nie da.

——————————————————————————–

W tej świątyni umieszczono cudowny wizerunek Matki Boskiej ofiarowany w 1650 r. kościołowi przez Dorotę Ogrufinę. Branka dziedzica Ruszczy, Dorota zwana Ogrufmą i Moskiewką, córka popa, przywiozła do Ruszczy około 1610 roku obraz i tutaj otaczała go szczególną czcią. Wkrótce wydana za mąż, za kościelnego z Sulisławic, Macieja Prącia, zabrała do nowego domu obraz, z nie znajdując w pasierbach należnego obrazowi szacunku, przekazała go tutejszemu kościołowi.

Początkowo umieszczono obraz na bocznym ołtarzu, gdzie stała rzeźba Matki Boskiej (romańska lub gotycka, określana przez wizytatorów, jako „nieproporcjonalna”). Wkrótce rozeszła się sława obrazu jako wizerunku cudownego, ratującego w nieszczęściach i wyjednującego łaski. Okoliczna ludność, szlachta i księża opowiadali o licznych, cudownych uzdrowieniach, ratunku z opresji i wielu „cudownych” zdarzeniach (samoistnym zapalaniu się świec przy obrazie, biciu dzwonka sygnaturki, przenoszeniu się obrazu na ołtarz główny).

Powołana w 1658 roku przez biskupa krakowskiego, Andrzeja Trzebnickiego komisja w osobach: archidiakona sandomierskiego, ks. Sebastiana Kokwińskiego i rektora sandomierskiego Kolegium Jezuitów, ks. Andrzeja Kanona przeprowadziła szczegółowe dochodzenie i sporządziła protokół, przechowywany w sulisławickim archiwum parafialnym. Komisja przesłuchała wielu świadków, w tym czterech okolicznych dziedziców, rodzinę zmarłej Doroty Ogrufiny, służbę kościelną i lud. Wszyscy zeznawali pod przysięgą o cudach zdarzających się w kościele, a opowiadający potwierdzali relacje poprzedników, jako że wiele rzeczy nadprzyrodzonych i niewytłumaczalnych dokonywało się w obecności osób trzecich.

Pośród licznych cudów takich jak: samoistne przeniesienie się obrazu na nastawę głównego ołtarza, samozapalanie się świec, dzwonienie sygnaturki, nadprzyrodzony blask rozjaśniający świątynię, zdarzały się cuda uzdrowień, powrotu do życia, ocaleń od niebezpieczeństw.

Spośród kilkuset opowieści warto przytoczyć choćby kilka – uzmysławiając potężną moc obrazu i wielką wiarę czcicieli Matki Boskiej.

Oto: „Szlachcic Jan Roszkowski dwukrotnie został ocalony od niechybnej śmierci ? w czasie rozbicia się tratwy na Wiśle (1650 r.), którą wiózł zboże do Gdańska i podczas ciężkiej operacji czaszki (1657 r.) dzięki wezwaniu pomocy M.B. Sulisławskiej. Krystyna Wojciechówna została wskrzeszona kilka dni po śmierci, w dniu pogrzebu, dzięki żałosnemu westchnieniu do M.B. Sulisławskiej jej zbolałej matki. Ks. Medowicz w dziwnych okolicznościach odzyskał straconego konia podczas pielgrzymki do Sulisławic jesienią 1655 r., a w następnym doznał uzdrowienia w czasie zarazy, ślubując nową pielgrzymkę ze srebrnym wotem i 2 świecami. Stojąc przed komisją w Sulislawicach 11 XII 1658 r. z poważnym zeznaniem ks. Medowicz przedstawił też pismo z zeznaniami 5 parafian połanieckich, z którymi Bartłomiej Tomaszek został uzdrowiony z częściowego paraliżu przez ślub pielgrzymki w 1658 r., Sebastian Kwiatoń odzyskał wzrok w Sulisławicach (przyprowadzony przez żonę).

Szlachcic Jan Dalewski został uleczony z ciężkiej choroby bardzo bolesnych skurczów w całym ciele, dzięki obietnicy pielgrzymki. Dwaj rajcy staszowscy Stanisław Bietkiewicz i Mikołaj Głodowicz zeznali przed komisją o doznanych łaskach: pierwszy raz z żoną Agnieszką zostali uzdrowieni w 1656 r. z choroby umysłowej (trwającej miesiąc) dzięki ofiarowaniu ich na pielgrzymką przez jego matkę; drugi został ocalony wraz z rodziną w czasie najazdu Rakoczego, a córka Jadwiga Glodowiczówna uzdrowiona ze śmiertelnej choroby, dzięki modłom i ślubowi pielgrzymki najbliższych. Pięcioro innych mieszczan staszowskich świadczyło:

Krzysztof Mukuś, że został szybko uleczony z bardo ciężkiego pobicia, dzięki obietnicy pielgrzymki; Marianna Plebanowa, że córka jej Elżbieta (lat 14) została z ciężkich bólów ręki a syn Mikołaj (lat 10) z bardzo ciężkich obrażeń po upadku z dzwonnicy; Jan Jenczy i żona Anna, że córeczka (lat 3) została uzdrowiona z cięzkiej choroby gardła, po pielgrzymce do Sulislawic; Regina Śmieszkowa, ze trzyletni synek Wawrzyniec i mąż zostali uleczeni ze śmiertelnych chorób, dzięki obietnicy pielgrzymki.

14 dalszych mieszczan staszowskich zeznawało: Elżbieta Kołtunowa, ewangeliczka, że ocaliła swoje roczne dziecko Katarzynę od uduszenia się pestką śliwki w 1656 r. a Szymon Łodzikowicz, kantor i pisarz, że został uleczony w 1657 r. z choroby oczu i owrzodzeń głowy, dzięki obietnicy pielgrzymki; Wojciech Kołacz, młynarz, że jego żona Anna, dzięki mszy św. w Sulislawicach została uleczona z boleści kręgosłupa i pochylenia (1658). Dziewięciu dalszych sta-szowian dzięki ślubowi pielgrzymki doznało łask: Krzysztof Chęciński ocalenia od śmierci i wyleczenia z ciężkich ran po najeździe Rakoczego wiosną 1657 r., Maciej Adamkiewicz ocalenia z niebezpieczeństwa i wyleczenia z choroby siebie i rodziny w 1656 i 1657 r., Maryna Karbownikówna wyzdrowienia ze śmiertelnej choroby w 1655 r., Melchior Karbownik uzdrowienie żony Doroty z komplikacji porodowych, Dorota Górniczka uleczenia nogi i podżwignię-cia ze śmiertelnej choroby w 1655 r., Katarzyna Gadowska uzdrowienia służącego z wielkich cierpień 27 XI 1659 r., Katarzyna Kocka wydobycia z ciężkich komplikacji porodowych w 1656 r., Anna Cyganowa uzdrowienia córek Reginy i Doroty z przewlekłych chorób, Katarzyna Forkaska uzdrowienia bardzo chorych nóg w 1658 r. i Krzysztof Mikuś wyleczenia synka Pawelka z ciężkiej choroby w 1657 r. Jan Kamieński, szlachcic z parafii sulisławskiej, dzięki samej obietnicy pielgrzymki odzyskał swoje malutkie dziecko prawie już uduszone, natomiast Michał Jugoszowski, szlachcic z tejże parafii uzdrowienie brzemiennej żony z ciężkich obrażeń, odniesionych w czasie porwania przez spłoszone konie”.

2 IV 1659 roku biskup Trzebnickim wydał w Bodzentynie dokument uznający obraz za słynący szczególnymi łaskami oraz pozwolił na publiczne oznajmienie o jego cudownym charakterze.

Pierwsza profanacja

Podczas okupacji hitlerowskiej, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1940 roku, został okradziony kościół w Sulisławicach. Ksiądz Jan Budziński, gdy to zauważył zaczął bić w dzwon. Przybyli na miejsce zdarzenia parafianie, poinformowani przez księdza po rabunku, rozpoczęli poszukiwania. Ich uczestnicy podzielili się na kilka grup. Jedna z nich dokonała dokładnych oględzin wnętrza świątyni. Pozostałe zaś najbliższej jej okolicy i wszystkich dróg i ścieżek wychodzących z Sulisławic.

Ksiądz po dokładnym. obejrzeniu miejsc przechowywania przedmiotów liturgicznych stwierdził, że w wyniku tego zuchwałego rabunku w kościele brakuje obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej, monstrancji i kielichów, oraz licznych wot.

W wyniku dokładnych oględzin miejsca przestępstwa stwierdzono, że drzwi do zakrystii zostały wyważone.

Przez zakrystię złodzieje dostali się do wnętrza kościoła. W kościele -jak informuje nas świadek tamtych wydarzeń-były widoczne ślady przystawiania drabiny do ścian świątyni. Rabusie sprawdzali czy nimby -aureole wokół głów świętych postaci -mają jakąś wartość handlową.

Przeszukiwania okolicznych dróg dały pozytywne rezultaty. W ich wyniku przy drodze do Skwirzowej, przed figurą Matki Boskiej, zauważone zostały świeże ślady w zbożu. Tam znaleziono jedno z wot, mianowicie srebrną lub platynową nóżkę złożoną w podzięce Matce Boskiej Sulisławskiej za cudowne uzdrowienie.

W wyniku bardzo dokładnej penetracji wnętrza kościoła odnaleziono cudowny obraz Matki Bożej Bolesnej. Został on przez świętokradców wrzucony do wnęki za głównym ołtarzem, gdzie stały świeczniki. Obraz nie przedstawiała dla nich żadnej wartości, zatem po zdjęciu szczerozłotych koron porzucił go na miejscu przestępstwa.

Ocalała także monstrancja, którą znaleziono również w kościele. Została ona przez złodziei uszkodzona. Wyjęli z niej bowiem złoty melchizedek, czyli półksiężyc, w którym osadza się konsekrowaną hostię.

Nie wszystkie wówczas zrabowane rzeczy udało się odnaleźć. Do dnia dzisiejszego nie znany jest los cennych koron z obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej.

Na miejsce przestępstwa przybyła zawiadomiona granatowa policja. Prowadzone przez nią śledztwo nie dało żadnych rezultatów.

Jak przypuszczają mieszkańcy najbliższych okolic, a wszyscy wiedzą, że w tamtych czasach trudno było zachować anonimowość, rabusiów było kilku. Jeden z nich podczas wyważania drzwi do zakrystii stracił palce. Wszyscy zaś za ten świętokradzki czyn, jak twierdzą miejscowi ludzie, zginęli podczas okupacji lub też zaraz po wyzwoleniu.

Kradzież obrazu

Po śmiałej kradzieży obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej i bezowocnych poszukiwaniach sprawców w pierwszych miesiącach wszyscy stracili nadzieje na odnalezienie tego niezwykłego wizerunku. Krążyły wokół tej sprawy różnorodne wersje, tworzyć się nawet zaczęły legendowe opowieści. Mówiono, że obraz jest już dawno za granicą już w pierwszą noc po kradzieży złodzieje przerzucili go na Zachód. Nie wykluczono też wschodniej granicy. Sugerowano, iż mogli to zrobić członkowie rosyjskiej mafii, przypominano, że przecież kiedyś obraz został przywieziony z Moskwy i tam po niemal czterech wiekach wrócił. Sądzono, że może ten niewielkich rozmiarów wizerunek leży w sejfie japońskiego kolekcjonera.

Straciwszy nadzieje władze kościelne zdecydowały się na wstawienie w puste miejsce w ołtarzu głównym wiernej kopii obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej i ponowną koronację.

Prokuratura prowadząca śledztwo również była bezradna. Policja prowadziła poszukiwania, ale ich rezultaty nie dawały początkowo owoców.

Upłynęło kilkanaście miesięcy od kradzieży i w najmniej oczekiwanym miejscu -niemal w centrum Warszawy -blisko Dworca Centralnego -znalazł się obraz.

Kilka miesięcy temu do księdza z parafii św. Barbary na Koszykach podszedł nieznajomy mężczyzna i wręczył mu płaskie zawiniątko. Powiedział przy tym, że jest w tym opakowaniu stary obraz, który chce przekazać do kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła parafii św. Barbary na Koszykach. Po czym się oddalił. Ksiądz wraz z proboszczem po obejrzeniu niewielkich rozmiarów obrazu doszli do wniosku, że jest to chyba poszukiwany intensywnie wizerunek Matki Boskiej Sulisławskiej. Zgłosili ten fakt swoim władzom kościelnym i policji.

Obraz po rutynowych badaniach i ekspertyzach konserwatorskich został przekazany do Sandomierza, stolicy diecezji sandomierskiej, do której należą Sulisławice.

Koronacja obrazu

Pierwsza koronacja Cudownego Obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej odbyła się na rok przed wybuchem I wojny światowej. Zorganizowanie tej doniosłej i pięknej uroczystości, wyszło z inicjatywy ludu ziemi sandomierskiej jako akt wdzięczności dla Sulisławskiej Pani za Jej wielowiekową i niezwykłą opiekę. Dzień uroczystości koronacyjnych nadszedł 8 września 1913 r. Rankiem, o godzinie 8.30 duchowieństwo liczące 150 kapłanów i 2 biskupów: sandomierskiego Mariana Ryxa i kieleckiego Augustyna Łosińskiego zebrało sięprzy plebanii. Po słynący łaskami obraz wyruszyła do kościoła procesja. Jednocześnie na placu wiejskim przy krzyżu grupowały się w szeregi bractwa kościelne i delegacje z różnych stron, zakonne i świeckie oraz 3 orkiestry /koprzywnicka, klimontowska i sulisławska/. Niebawem z kościoła wyruszyła procesja duchownych z obrazem Matki Boskiej Sulisławskiej. Zaraz za krzyżem procesjalnym, bractwami i feretronami szambelan papieski Michał Karski niósł brewe papieskie na specjalnej poduszce w towarzystwie dam: hrabiny Tarnowskiej, pani Targowskiej, mieszczanki koprzywnickiej Cedrowskiej i panny z Sulisławic. Zaraz za nimi hrabia Tarnowski niósł na poduszce korony a towarzyszyły im księżna Radziwiłłowa, pani Leszczyńska, sandomierska poetka Maria Skorupska autorka okolicznościowego wiersza na koronację sulisławskiego obrazu i przedstawicielka rolników. W pochodzie wzięli udział przedstawiciele parafian sulisławskich: Wojciech Podsiadły i Błażej Staroń. Szczerozłote korony projektował wybitny twórca i malarz z Krakowa Karol Frycz. Jest on także autorem witraży nowego kościoła w Sulisławicach. Korony jego autorstwa niesione na procesji ufundowało duchowieństwo sandomierskiego dekanatu, wykonała je złotnicza firma Bitschana w Warszawie. Za tą grupą niesiono obraz przytwierdzony do feretronu. Niosący zmieniali się w grupach w następującej kolejności: pierwsi nieśli przedstawiciele ziemian, następnie inteligencja Radomia, Sandomierza i Rytwian, potem kupcy z Ko przywnicy, Osieka, Połańca i Staszowa a po nich robotnicy z Rytwian, Ostrowca, Końskich i Radomia, a wreszcie chłopi sandomierszczyzny i dzieci, które wniosły obraz do samego namiotu koronacyjnego. Cały ten wielki pochód oceniany na około 250 OOO ludzi ochraniały potrójne szeregi konnych jeźdźców z ochotniczych straży pożarnych rejonu sandomiersko-opatowskiego. Jeźdźcy ubrani byli w hełmy i mundury, a konie barwnie przyozdobione. Namiot koronacyjny rozbito niedaleko wioski Nietuja /przy dzisiejszej trasie do Staszowa/. W nim odbyła się koronacja obrazu dokonana przez biskupa sandomierskiego Mariana Ryxa. Po koronacji obraz wrócił do kościoła tą samą drogą uroczyście przekazany proboszczowi sulisławskiemu ks. Janowi Zajączkowskiemu. Na uroczystości dekoracja kościoła i namiotu była również autorstwa Karola Frycza. Według wspomnień 86-letniej mieszkanki Sulisławic Marianny Karaś, przekazanych jej przez starsze osoby, namiot koronacyjny był budowany z drewna. Postawiono go niezwykle starannie używając do tego celu jędrnych i zdrowych desek. Konstrukcję pięknie ozdobiono płótnem różnokolorowym. Po zakończeniu uroczystości ludzie zabierali po kawałku tego płótna na pamiątkę. O ilości użytego drewna świadczy fakt, że wystarczyła ona w zupełności na postawienie i wykończenie domu mieszkalnego. Jego właścicielem został rolnik ze Świniar o nazwisku Żyła. Gdy po pewnym czasie wybuchł olbrzymi pożar w Świniarach, który doszczętnie zniszczył całą wieś, dom Żyły ostał się nietknięty pomimo wiatru i bliskiego sąsiedztwa gęstych zabudowań. Wtedy i później uważano, że powodem niezwykłego ocalenia była cudowna ingerencja związana z faktem koronacji. Oblicza się, że w tych uroczystościach wzięło udział ok. 600 OOO ludzi. Jednak przekazy ustne mówią, że liczba wiernych mogła sięgnąć miliona. Mój ojciec Henryk, stryj Andrzej a także niektórzy znajomi opowiadali o tym niezliczonym „morzu” tłumów. Na krańcach wioski roztaczał się niespotykany widok. Drogi i pola okalające Sulisławice wypełnione były furmankami i innymi powozami. W samej wsi część ludzi, aby móc coś zobaczyć wspięła się na konary drzew a nawet na dachy budynków. W wiosce zabrakło w studniach wody. Sama masa ludzka w swej rozmaitości tworzyła niezwykłą mozaikę typów. Było wśród nich wielu starców, inwalidów i żebraków. Nie mówiąc już o szeregach i gromadach tworzących grupy, orszaki, formacje. Stanowiły one koloryt i malowniczość wzbogaconą barwnością szat duchownych i odmiennością ubiorów świeckich wynikającą z różnicy stanów społecznych, zawodów, funkcji, zajęć, hierarchii, stanowisk, płci i wieku. Nad całym pochodem górowały krzyże i chorągwie, rozlegały się pieśni śpiewane przez wiernych i dźwięki orkiestry. Scenerię dopełniały wzbijające się spod nóg i kopyt końskich asystującej kawalerii kłębki kurzu rozjaśnione przebijającymi się promieniami słońca.

Staszowianie w Sulisławicach

W dniach 7-8 września 1994 r. odbędą się w Sulisławicach wielkie uroczystości powrotu skradzionego w nocy z 27/28 X 1992 r. Cudownego Obrazu Matki Bolesnej, zwanego również Cudownym Obrazem Matki Boskiej Sulisławskiej. Dla staszowian to wyjątkowe święto. Wszak związek miast z odległymi przecież Sulisławicami jest wyjątkowo silny i trwa nieprzerwanie od XVII w. Mieszkańcy Staszowa jako doznający szczególnych łask i uzdrowień za sprawą wizerunku przyczynili się znacznie do uznania obrazu za cudowny, występując w roli świadków.

Zgodnie z instrukcją (z 24 X 1658) biskupa krakowskiego Andrzeja Trzebickiego który nakazał specjalnej Komisji zbadać w Sulisławicach niezwykły już wtedy obraz przesłuchano świadków doznających łask i objawień związanych z tym wizerunkiem. W grupie tej znalazł się ksiądz Maciej Dalewski prepozyt staszowski, który przedstawił zeznania

14 mieszczan staszowskich. On sam dzięki modlitwom do M. B. Sulisławskiej ocalił kościół parafialny w Staszowie w czasie najazdu wojsk Rakoczego. Doznał też uzdrowienia nóg.

Jak podają stare zapisy: „Dwaj rajcy staszowscy Stanisław Bietkiewicz i Mikołaj Głodowicz zeznali przed komisjąo doznanych łaskach: pierwszy wraz z żoną Agnieszką zos stali uzdrowieni w 1656 r. z choroby umysłowej dzięki ofiarowaniu ich na pielgrzymkę przez matkę, drugi dzięki modłom i ślubowi pielgrzymki zostali ocaleni od śmiertelnej choroby. W grupie wdzięcznych mieszczan staszowskich znaleźli się też ewangieliczka Elżbieta Kołtunowa, pisarz i kantor Szymon Łodzikowicz, młynarz Wojciech Kołacz, Krzysztof Chęciński, Maciej Adamkiewicz, Melchior Karbownik, Dorota Górniczka, Katarzyna Ganowska, Katarzyna Kącka, Anna Cyganowa, Katarzyna Forkaska, Krzysztof Mikus. A wszyscy ci, lub ich bliscy brali udział w pielgrzymce do Sulisławic.

Zwyczaj chodzenia staszowian do tego niezwykłego miejsca datuje się od połowy XVII wieku. Upamiętnia to figura J. Chrystusa Frasobliwego ustawiona obok drukarni.

Jednak zorganizowane i stałe pielgrzymki rozpoczęły się w 1821 r. kiedy to: „w Staszowie grasowała straszliwa choroba i staszowianie ofiarowali się M.B. Sulisławskiej.”

O tradycji pielgrzymkowania staszowian wspomina Stanisław Janik popularna postać w tym mieście.

„W I połowie ubiegłego wieku cholera opanowała i dziesiątkowała mieszkańców Staszowa Polaków i Żydów. Rajcy miejscy ustalili: trzeba zrobić krzyż i udać się z nim do Sulisławic. Tak też uczyniono i grupa mieszczan z krzyżem na ramionach udała się na pielgrzymkę. Wyszli nocą, ukradkiem mieszkańcom Staszowa nie wolno było wtedy opuszczać trapionego zarazą miasta. Nad ranem kompania dotarła do Wiazownicy Wzgórska, skad było już widać wieże kościoła w Sulisławicach. W tym też miejscu postanowiono ustawić ciężki krzyż z drewna. Dalej bowiem pątników nie puściły carskie posterunki. Zawrócili do rodzinnej miejscowości, ale przecież nie daremnie wszak mieli wzrokowy kontakt z sanktuarium Matki Boskiej Sulisławskiej. Kiedy już zbliżali się do miejskich rogatek zobaczyli tłum ludzi, który im wyszedł naprzeciw. Byli wśród nich także Zydzi, zatrwożeni cholerą, nie bacząc na religijne przeszkody, również oddali się pod opiekę Matce Boskiej Sulisławskiej. Przybyłym obwieszczono, że morowe powietrze ustąpiło.

Na tę pamiątkę, każdego roku, na zakończenie oktawy Bożego Ciała ze Staszowa wyrusza do Sulisławic pielgrzymka.

Tradycja żegnania i witania pątników sulisławskich wciąż trwa. Staszowianie za wyjątkowe łaski ofiarowali do kościoła w Sulisławicach piękny ornat wykonany z pasa słuckiego.

Staszowianie zobowiązali się też, że będą dbać stale o krzyż postawiony za Wiązownicą. Już kilka razy był wymieniany. Pierwszy dawno się rozpadł. Kolejne fundowali i stawiali staszowianie. St. Janik, który był na pielgrzymce ponad 30 razy, twierdzi, że pierwszy krzyż zaniósł na wzgórze jego pradziad.

Kult Matki Boskiej Sulisławskiej w Staszowie jest wyjątkowo żywy. Nawet okupacja niemiecka nie zdołała przeszkodzić w praktykach pątniczych. Zamiast krzyży co było wtedy zabronione zabierano ze sobą na wędrówkę kije. Dopiero przed samym wejściem do kościoła w Sulisławicach składano z nich krzyże.

Wiesław Kot, staszowski poeta i lokalny tropiciel śladów przeszłości, twierdzi, że staszowianie dorobili się nawet własnego śpiewnika pielgrzymkowego, którego repertuar wykorzystywany był przez kompanię w czasie marszu. A oto jedna z pieśni.
Pieśń do Matki Bożej w Sulisławicach

O Sulisławska Pani Najmilsza,
Z synem cierpiącym miłości przystań
Synowi Swemu ból łagodząca
Dla Swoich dzieci pomoc bez końca.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


Synowi szepczesz próśb naszych słowa
On wysłuchuje w sercu zachowa
W sercu okrutnie włócznią przebitym
A z niego łask strumień obfity.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


Niech z Weroniki cudownej chusty
Jezus Zbawiciel doda otuchy.
A ty o Matko pełna miłości
W Sulisławicach racz zawsze gościć.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


W wojny czas krwawy Ty byłaś z tymi
Którzy z honorem Polski bronili.
Ty byłaś tarczą świętej opieki
Jędrusiów panią gwiazdą co świeci.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


Gdy nocą ciemną zgubiona droga.
Tyś pośredniczką mocą gdy trwoga.
Bądź zawsze z nami Panno Najświętsza.
Zawsze Łaskawa i Najwierniejsza.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


Chrystusa wprowadź w nasze rodziny
Kształtu sumienia i nazwij winy.
Eucharystycznym chlebem wzmocnieni
W Życie pójdziemy tak przemienieni
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani


Jak z wody wino w Kanie się stało
Za Twą przyczyną i Bożą chwałą
Ty zawsze z nami co dzień od świeta
Sulisławska Pani pamiętaj.
Ref. Ty nie opuszczaj wiernych poddanych
Bądź Sulisławską najświętsza Pani