Podczas okupacji hitlerowskiej, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1940 roku, został okradziony kościół w Sulisławicach. Ksiądz Jan Budziński, gdy to zauważył zaczął bić w dzwon. Przybyli na miejsce zdarzenia parafianie, poinformowani przez księdza po rabunku, rozpoczęli poszukiwania. Ich uczestnicy podzielili się na kilka grup. Jedna z nich dokonała dokładnych oględzin wnętrza świątyni. Pozostałe zaś najbliższej jej okolicy i wszystkich dróg i ścieżek wychodzących z Sulisławic.

Ksiądz po dokładnym. obejrzeniu miejsc przechowywania przedmiotów liturgicznych stwierdził, że w wyniku tego zuchwałego rabunku w kościele brakuje obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej, monstrancji i kielichów, oraz licznych wot.

W wyniku dokładnych oględzin miejsca przestępstwa stwierdzono, że drzwi do zakrystii zostały wyważone.

Przez zakrystię złodzieje dostali się do wnętrza kościoła. W kościele -jak informuje nas świadek tamtych wydarzeń-były widoczne ślady przystawiania drabiny do ścian świątyni. Rabusie sprawdzali czy nimby -aureole wokół głów świętych postaci -mają jakąś wartość handlową.

Przeszukiwania okolicznych dróg dały pozytywne rezultaty. W ich wyniku przy drodze do Skwirzowej, przed figurą Matki Boskiej, zauważone zostały świeże ślady w zbożu. Tam znaleziono jedno z wot, mianowicie srebrną lub platynową nóżkę złożoną w podzięce Matce Boskiej Sulisławskiej za cudowne uzdrowienie.

W wyniku bardzo dokładnej penetracji wnętrza kościoła odnaleziono cudowny obraz Matki Bożej Bolesnej. Został on przez świętokradców wrzucony do wnęki za głównym ołtarzem, gdzie stały świeczniki. Obraz nie przedstawiała dla nich żadnej wartości, zatem po zdjęciu szczerozłotych koron porzucił go na miejscu przestępstwa.

Ocalała także monstrancja, którą znaleziono również w kościele. Została ona przez złodziei uszkodzona. Wyjęli z niej bowiem złoty melchizedek, czyli półksiężyc, w którym osadza się konsekrowaną hostię.

Nie wszystkie wówczas zrabowane rzeczy udało się odnaleźć. Do dnia dzisiejszego nie znany jest los cennych koron z obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej.

Na miejsce przestępstwa przybyła zawiadomiona granatowa policja. Prowadzone przez nią śledztwo nie dało żadnych rezultatów.

Jak przypuszczają mieszkańcy najbliższych okolic, a wszyscy wiedzą, że w tamtych czasach trudno było zachować anonimowość, rabusiów było kilku. Jeden z nich podczas wyważania drzwi do zakrystii stracił palce. Wszyscy zaś za ten świętokradzki czyn, jak twierdzą miejscowi ludzie, zginęli podczas okupacji lub też zaraz po wyzwoleniu.