Wielki ból, i żal, i przerażenie, a początkowo może rozpacz nawet, ogarnęły młodą rosyjską dziewczynę Dorotę Ogrufinę, gdy jako branka wojenna, w 1610 roku, przemocą wyrwana z rodzinnego domu przez sandomierskiego rycerza Wespazjana Rusieckiego, właściciela Ruszczy, musiała się udać w obce sobie strony.

Jedyną pociechą była dla niej niewielka ikona /którą zabrała ze sobą, a którą w rodzinnym domu otaczano czcią szczególna/ wyobrażająca cierpiącego, oblanego krwią Pana Jezusa i bolejącą nad nim Jego Przeczystą Matkę.

Dorota, jako córka prawosławnego kapłana, zapewne wychowana była w duchu pobożności i ufności w Bożą opiekę i miłosierdzie Nie widząc bowiem z nikąd ratunku, ani pomocy, poleciła się Matce Najświętszej i Chrystusowi Panu w wizerunku, który wiozła ze sobą na tułaczkę i niewolę.

I nie zawiodła się. Jak bowiem sama później opowiadała, przez całą drogę z głębin Rosji do Polski nic nie jadła, ani niczego nie piła, a mimo to zachowała pełnię sił i zdrowia!

Dalsze dzieje Ogrufiny są już prozaiczne. Pan Rusiecki widząc, że to dobra dziewczyna, wyszukał dla niej zacnego męża, kościelnego sulisławskiego, Macieja Pracla, u którego boku spędziła pozostałe lata swego żywota.

Zamieszkawszy w Sulisławicach Dorota początkowo przywieziony ze sobą święty wizerunek trzymała w ukryciu, i w ukryciu modliła się przed nim, całując go nabożnie, wielokroć kreśląc znak krzyża i bijąc niezliczone pokłony -tak jak ją tego zapewne nauczył ojciec.

Widząc iż ikona nie jest w domu całkiem bezpieczna, bo dzieci wykradają ją do zabawy postanowiła ofiarować ją do kościoła, aby tam znalazłszy się na poczesnym miejscu odbierała cześć już nie jednej tylko osoby, ale licznych parafian.

Aż do śmierci Doroty nie wydarzyło się nic szczególnego, ale kiedy odeszła z tego świata, a dokładniej od dnia l września 1655 roku poczynając, zaobserwowano związane z wizerunkiem Matki Bożej Bolesnej rozliczne dziwne, a nie wytłumaczalne zjawiska.

Oto przez cały tydzień poprzedzający święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wspomnianego wcześniej roku, jakaś niewidzialna ręka zapalała świece na ołtarzu. W samą wigilię wspominanego święta zaś, nie tylko świece zapaliły się same, ale również nie dotykana przez człowieka rozdzwoniła się sygnaturka.

Księża /proboszcz i wikary/ w pierwszej chwili nie bardzo dowierzając nadprzyrodzoności zjawisk, dokładnie przeszukali cały kościół, wszystkie jego zakamarki, łącznie ze strychem, by przekonać się naocznie, iż świątynia była pusta i nikt w niej się nie ukrywał.

Chcąc jednak mieć całkowitą pewność, że wejście do jej wnętrza nie będzie możliwe, zamknęli ją starannie, a dla większego bezpieczeństwa i większej pewności, opieczętowali drzwi.

Jakież tedy było ich zdziwienie, gdy w krótkim czasie potem dzwon na nowo się rozśpiewał. Na jego dźwięk zbiegła się wielka liczba ludzi z całej wsi i w ich obecności kapłani zerwali nienaruszone pieczęcie, otwarli drzwi i weszli do świątyni.

Tutaj ku ogólnemu zdumieniu zobaczono, że obraz Matki Najświętszej zamiast stać na bocznym ołtarzu, gdzie go umieszczono, nie podtrzymywany niczym, wisi w powietrzu ponad tabernakulum głównego ołtarza, na którym płonie siedem świec.

Mimo wejścia ludzi do świątyni zjawisko owo trwało, a sygnaturka wciąż dzwoniła. I widziano jak poruszał się sznur, który był przytwierdzony do dzwonu, choć nie było nikogo, kto by zań pociągał.

Nie należy się dziwić spontanicznej reakcji tak księży, jak i świeckich obecnych przy tym wydarzeniu. Oto bowiem wszyscy padli na kolana, wznosząc modły do Boga.

Nazajutrz natomiast, w sam dzień Narodzenia Matki najświętszej, proboszcz miejscowy, ksiądz Wojciech Gryzowiusz, publicznie opowiedział o cudownych zjawiskach i uroczyście umieścił obraz w wielkim ołtarzu.

Od tamtej pory kult Matki Bożej Bolesnej, zwanej Sulisławską rozwija się wspaniale, owocując rozlicznymi łaskami i cudami zdziałanymi przez Najświętszą Pannę. Ale zanim wymienimy kilka z nich, winniśmy wspomnieć o nadprzyrodzonych zdarzeniach, jakie miały miejsce w czasie najazdu szwedzkiego.

Oto zanim Szwedzi napadli na Sulisławice, proboszcz lękając się, by nie ukradli obrazu, wraz z kosztownościami zakopał go pod kościelnym progiem. Ale wolą Matki Bożej było królować sandomierskiemu ludowi z wysokości ołtarza i ku zdumieniu świadków Jej wizerunek, nie wiadomo w jaki sposób, wydostał się spod ziemi i zawisł na dawnym miejscu.

Jak się spodziewano, Szwedzi rzeczywiście chcieli go zrabować i gdy im samym się to nie udało, przekupili zakrystiana, by im obraz dostarczył.

Lecz chociaż nikczemny człowiek zgodził się na to, nie był w stanie wypełnić zlecenia. Kiedy zdejmował obraz z ołtarza, zdrętwiał cały i nie mógł się poruszyć, zatem pozostawił wizerunek na miejscu. Przecież przemogła chciwość. Za drugim razem obraz zdjął, ale nie uszedł z nim daleko, tknięty nagłą a całkowitą ślepotą. Odzyskał wzrok dopiero wówczas, gdy cudowną ikonę na powrót powiesił w wielkim ołtarzu.

I tyle było niezwykłości związanych z samym wizerunkiem Matki Bożej Sulisławskiej. Teraz zapoznajmy się z niektórymi łaskami zdziałanymi za Jej przyczyną:

Sebastian Kwiatoń z Połańca, straciwszy wzrok w 60. roku życia, nie ustając w modłach do Matki Bożej Sulisławskiej, w wigilię święta Jej Narodzenia, całkowicie go odzyskał.

Stanisław Bredkowicz wraz z żoną dotknięci zostali szaleństwem we wrześniu 1656 roku, a po ofiarowaniu ich Matce Bożej Bolesnej przez starą Bredkiewiczową, nagle odzyskali zdrowie.

Katarzyna Lech będąc chora od urodzenia, po przywiezieniu jej do Sulisławic, modląc się przed cudownym obrazem, władzę w nodze odzyskała i poczęła normalnie chodzić. Miała wówczas 15 lat.

Niejaki Krzysztof Chęciński ze Staszowa, został pojmany przez Kozaków, torturowany i obdarty ze skóry. Na mękach ofiarował swe życie Matce Boskiej Sulisławskiej i o dziwo, nie tylko że nie umarł, ale po jakimś czasie, mimo że kilka dni nieprzytomny przeleżał w lesie, całkowicie zdrowie odzyskał.

Wojciech Ulatowski ze Zgórska k. Mielca, mimo roztrzaskania czaszki spowodowanego wybuchem fuzji, za przyczyną Matki Bożej Sulisławskiej do zdrowia powrócił.

W sam dzień narodzenia NMP 1827 roku, 3-letni Józef Sadowski, który miał uszkodzony kręgosłup, tak że nie tylko nie mógł chodzić, ale nawet i siedzieć, po ofiarowaniu go przez rodziców Matce Boskiej w Sulisławicach podczas mszy świętej, natychmiast zdrowie odzyskał.

10 czerwca 1876 roku z podobnego kalectwa została wyratowana pięcioletnia Helena z Bielin.

Jest to tylko drobny ułamek łask i cudów, lecz większej liczby przykładów -ze względu na szczupłość miejsca - pomieścić się nie da.

--------------------------------------------------------------------------------

W tej świątyni umieszczono cudowny wizerunek Matki Boskiej ofiarowany w 1650 r. kościołowi przez Dorotę Ogrufinę. Branka dziedzica Ruszczy, Dorota zwana Ogrufmą i Moskiewką, córka popa, przywiozła do Ruszczy około 1610 roku obraz i tutaj otaczała go szczególną czcią. Wkrótce wydana za mąż, za kościelnego z Sulisławic, Macieja Prącia, zabrała do nowego domu obraz, z nie znajdując w pasierbach należnego obrazowi szacunku, przekazała go tutejszemu kościołowi.

Początkowo umieszczono obraz na bocznym ołtarzu, gdzie stała rzeźba Matki Boskiej (romańska lub gotycka, określana przez wizytatorów, jako "nieproporcjonalna"). Wkrótce rozeszła się sława obrazu jako wizerunku cudownego, ratującego w nieszczęściach i wyjednującego łaski. Okoliczna ludność, szlachta i księża opowiadali o licznych, cudownych uzdrowieniach, ratunku z opresji i wielu "cudownych" zdarzeniach (samoistnym zapalaniu się świec przy obrazie, biciu dzwonka sygnaturki, przenoszeniu się obrazu na ołtarz główny).

Powołana w 1658 roku przez biskupa krakowskiego, Andrzeja Trzebnickiego komisja w osobach: archidiakona sandomierskiego, ks. Sebastiana Kokwińskiego i rektora sandomierskiego Kolegium Jezuitów, ks. Andrzeja Kanona przeprowadziła szczegółowe dochodzenie i sporządziła protokół, przechowywany w sulisławickim archiwum parafialnym. Komisja przesłuchała wielu świadków, w tym czterech okolicznych dziedziców, rodzinę zmarłej Doroty Ogrufiny, służbę kościelną i lud. Wszyscy zeznawali pod przysięgą o cudach zdarzających się w kościele, a opowiadający potwierdzali relacje poprzedników, jako że wiele rzeczy nadprzyrodzonych i niewytłumaczalnych dokonywało się w obecności osób trzecich.

Pośród licznych cudów takich jak: samoistne przeniesienie się obrazu na nastawę głównego ołtarza, samozapalanie się świec, dzwonienie sygnaturki, nadprzyrodzony blask rozjaśniający świątynię, zdarzały się cuda uzdrowień, powrotu do życia, ocaleń od niebezpieczeństw.

Spośród kilkuset opowieści warto przytoczyć choćby kilka - uzmysławiając potężną moc obrazu i wielką wiarę czcicieli Matki Boskiej.

Oto: "Szlachcic Jan Roszkowski dwukrotnie został ocalony od niechybnej śmierci ? w czasie rozbicia się tratwy na Wiśle (1650 r.), którą wiózł zboże do Gdańska i podczas ciężkiej operacji czaszki (1657 r.) dzięki wezwaniu pomocy M.B. Sulisławskiej. Krystyna Wojciechówna została wskrzeszona kilka dni po śmierci, w dniu pogrzebu, dzięki żałosnemu westchnieniu do M.B. Sulisławskiej jej zbolałej matki. Ks. Medowicz w dziwnych okolicznościach odzyskał straconego konia podczas pielgrzymki do Sulisławic jesienią 1655 r., a w następnym doznał uzdrowienia w czasie zarazy, ślubując nową pielgrzymkę ze srebrnym wotem i 2 świecami. Stojąc przed komisją w Sulislawicach 11 XII 1658 r. z poważnym zeznaniem ks. Medowicz przedstawił też pismo z zeznaniami 5 parafian połanieckich, z którymi Bartłomiej Tomaszek został uzdrowiony z częściowego paraliżu przez ślub pielgrzymki w 1658 r., Sebastian Kwiatoń odzyskał wzrok w Sulisławicach (przyprowadzony przez żonę).

Szlachcic Jan Dalewski został uleczony z ciężkiej choroby bardzo bolesnych skurczów w całym ciele, dzięki obietnicy pielgrzymki. Dwaj rajcy staszowscy Stanisław Bietkiewicz i Mikołaj Głodowicz zeznali przed komisją o doznanych łaskach: pierwszy raz z żoną Agnieszką zostali uzdrowieni w 1656 r. z choroby umysłowej (trwającej miesiąc) dzięki ofiarowaniu ich na pielgrzymką przez jego matkę; drugi został ocalony wraz z rodziną w czasie najazdu Rakoczego, a córka Jadwiga Glodowiczówna uzdrowiona ze śmiertelnej choroby, dzięki modłom i ślubowi pielgrzymki najbliższych. Pięcioro innych mieszczan staszowskich świadczyło:

Krzysztof Mukuś, że został szybko uleczony z bardo ciężkiego pobicia, dzięki obietnicy pielgrzymki; Marianna Plebanowa, że córka jej Elżbieta (lat 14) została z ciężkich bólów ręki a syn Mikołaj (lat 10) z bardzo ciężkich obrażeń po upadku z dzwonnicy; Jan Jenczy i żona Anna, że córeczka (lat 3) została uzdrowiona z cięzkiej choroby gardła, po pielgrzymce do Sulislawic; Regina Śmieszkowa, ze trzyletni synek Wawrzyniec i mąż zostali uleczeni ze śmiertelnych chorób, dzięki obietnicy pielgrzymki.

14 dalszych mieszczan staszowskich zeznawało: Elżbieta Kołtunowa, ewangeliczka, że ocaliła swoje roczne dziecko Katarzynę od uduszenia się pestką śliwki w 1656 r. a Szymon Łodzikowicz, kantor i pisarz, że został uleczony w 1657 r. z choroby oczu i owrzodzeń głowy, dzięki obietnicy pielgrzymki; Wojciech Kołacz, młynarz, że jego żona Anna, dzięki mszy św. w Sulislawicach została uleczona z boleści kręgosłupa i pochylenia (1658). Dziewięciu dalszych sta-szowian dzięki ślubowi pielgrzymki doznało łask: Krzysztof Chęciński ocalenia od śmierci i wyleczenia z ciężkich ran po najeździe Rakoczego wiosną 1657 r., Maciej Adamkiewicz ocalenia z niebezpieczeństwa i wyleczenia z choroby siebie i rodziny w 1656 i 1657 r., Maryna Karbownikówna wyzdrowienia ze śmiertelnej choroby w 1655 r., Melchior Karbownik uzdrowienie żony Doroty z komplikacji porodowych, Dorota Górniczka uleczenia nogi i podżwignię-cia ze śmiertelnej choroby w 1655 r., Katarzyna Gadowska uzdrowienia służącego z wielkich cierpień 27 XI 1659 r., Katarzyna Kocka wydobycia z ciężkich komplikacji porodowych w 1656 r., Anna Cyganowa uzdrowienia córek Reginy i Doroty z przewlekłych chorób, Katarzyna Forkaska uzdrowienia bardzo chorych nóg w 1658 r. i Krzysztof Mikuś wyleczenia synka Pawelka z ciężkiej choroby w 1657 r. Jan Kamieński, szlachcic z parafii sulisławskiej, dzięki samej obietnicy pielgrzymki odzyskał swoje malutkie dziecko prawie już uduszone, natomiast Michał Jugoszowski, szlachcic z tejże parafii uzdrowienie brzemiennej żony z ciężkich obrażeń, odniesionych w czasie porwania przez spłoszone konie".

2 IV 1659 roku biskup Trzebnickim wydał w Bodzentynie dokument uznający obraz za słynący szczególnymi łaskami oraz pozwolił na publiczne oznajmienie o jego cudownym charakterze.