Pierwsza koronacja

 

Pierwsza koronacja Cudownego Obrazu Matki Boskiej Sulisławskiej odbyła się na rok przed wybuchem I wojny światowej. Zorganizowanie tej doniosłej i pięknej uroczystości, wyszło z inicjatywy ludu ziemi sandomierskiej jako akt wdzięczności dla Sulisławskiej Pani za Jej wielowiekową i niezwykłą opiekę. Dzień uroczystości koronacyjnych nadszedł 8 września 1913 r. Rankiem, o godzinie 8.30 duchowieństwo liczące 150 kapłanów i 2 biskupów: sandomierskiego Mariana Ryxa i kieleckiego Augustyna Łosińskiego zebrało sięprzy plebanii. Po słynący łaskami obraz wyruszyła do kościoła procesja. Jednocześnie na placu wiejskim przy krzyżu grupowały się w szeregi bractwa kościelne i delegacje z różnych stron, zakonne i świeckie oraz 3 orkiestry /koprzywnicka, klimontowska i sulisławska/. Niebawem z kościoła wyruszyła procesja duchownych z obrazem Matki Boskiej Sulisławskiej. Zaraz za krzyżem procesjalnym, bractwami i feretronami szambelan papieski Michał Karski niósł brewe papieskie na specjalnej poduszce w towarzystwie dam: hrabiny Tarnowskiej, pani Targowskiej, mieszczanki koprzywnickiej Cedrowskiej i panny z Sulisławic. Zaraz za nimi hrabia Tarnowski niósł na poduszce korony a towarzyszyły im księżna Radziwiłłowa, pani Leszczyńska, sandomierska poetka Maria Skorupska autorka okolicznościowego wiersza na koronację sulisławskiego obrazu i przedstawicielka rolników. W pochodzie wzięli udział przedstawiciele parafian sulisławskich: Wojciech Podsiadły i Błażej Staroń. Szczerozłote korony projektował wybitny twórca i malarz z Krakowa Karol Frycz. Jest on także autorem witraży nowego kościoła w Sulisławicach. Korony jego autorstwa niesione na procesji ufundowało duchowieństwo sandomierskiego dekanatu, wykonała je złotnicza firma Bitschana w Warszawie. Za tą grupą niesiono obraz przytwierdzony do feretronu. Niosący zmieniali się w grupach w następującej kolejności: pierwsi nieśli przedstawiciele ziemian, następnie inteligencja Radomia, Sandomierza i Rytwian, potem kupcy z Ko przywnicy, Osieka, Połańca i Staszowa a po nich robotnicy z Rytwian, Ostrowca, Końskich i Radomia, a wreszcie chłopi sandomierszczyzny i dzieci, które wniosły obraz do samego namiotu koronacyjnego. Cały ten wielki pochód oceniany na około 250 OOO ludzi ochraniały potrójne szeregi konnych jeźdźców z ochotniczych straży pożarnych rejonu sandomiersko-opatowskiego. Jeźdźcy ubrani byli w hełmy i mundury, a konie barwnie przyozdobione. Namiot koronacyjny rozbito niedaleko wioski Nietuja /przy dzisiejszej trasie do Staszowa/. W nim odbyła się koronacja obrazu dokonana przez biskupa sandomierskiego Mariana Ryxa. Po koronacji obraz wrócił do kościoła tą samą drogą uroczyście przekazany proboszczowi sulisławskiemu ks. Janowi Zajączkowskiemu. Na uroczystości dekoracja kościoła i namiotu była również autorstwa Karola Frycza. Według wspomnień 86-letniej mieszkanki Sulisławic Marianny Karaś, przekazanych jej przez starsze osoby, namiot koronacyjny był budowany z drewna. Postawiono go niezwykle starannie używając do tego celu jędrnych i zdrowych desek. Konstrukcję pięknie ozdobiono płótnem różnokolorowym. Po zakończeniu uroczystości ludzie zabierali po kawałku tego płótna na pamiątkę. O ilości użytego drewna świadczy fakt, że wystarczyła ona w zupełności na postawienie i wykończenie domu mieszkalnego. Jego właścicielem został rolnik ze Świniar o nazwisku Żyła. Gdy po pewnym czasie wybuchł olbrzymi pożar w Świniarach, który doszczętnie zniszczył całą wieś, dom Żyły ostał się nietknięty pomimo wiatru i bliskiego sąsiedztwa gęstych zabudowań. Wtedy i później uważano, że powodem niezwykłego ocalenia była cudowna ingerencja związana z faktem koronacji. Oblicza się, że w tych uroczystościach wzięło udział ok. 600 OOO ludzi. Jednak przekazy ustne mówią, że liczba wiernych mogła sięgnąć miliona. Mój ojciec Henryk, stryj Andrzej a także niektórzy znajomi opowiadali o tym niezliczonym "morzu" tłumów. Na krańcach wioski roztaczał się niespotykany widok. Drogi i pola okalające Sulisławice wypełnione były furmankami i innymi powozami. W samej wsi część ludzi, aby móc coś zobaczyć wspięła się na konary drzew a nawet na dachy budynków. W wiosce zabrakło w studniach wody. Sama masa ludzka w swej rozmaitości tworzyła niezwykłą mozaikę typów. Było wśród nich wielu starców, inwalidów i żebraków. Nie mówiąc już o szeregach i gromadach tworzących grupy, orszaki, formacje. Stanowiły one koloryt i malowniczość wzbogaconą barwnością szat duchownych i odmiennością ubiorów świeckich wynikającą z różnicy stanów społecznych, zawodów, funkcji, zajęć, hierarchii, stanowisk, płci i wieku. Nad całym pochodem górowały krzyże i chorągwie, rozlegały się pieśni śpiewane przez wiernych i dźwięki orkiestry. Scenerię dopełniały wzbijające się spod nóg i kopyt końskich asystującej kawalerii kłębki kurzu rozjaśnione przebijającymi się promieniami słońca.

 

Tomasz Staszewski „Cuda i objawienia”